BoltRead

Jeden miesiąc życia: utwory prozą

by Ludwik Bruner

pl · ~140 min at 250 WPM

Powieść epistolarno-dziennikowa, na którą składają się listy i zapiski Jana, młodego Polaka, który przyjeżdża do Paryża, by się uczyć. W kolejnych wpisach — datowanych dzień po dniu — opisuje on siostrze Wandzi szare realia studenckiego życia: ciasny pokoik u przyjaciela Turskiego, chorobę, brak pieniędzy, nędzną restaurację i nowe znajomości. Wśród nich pojawia się świeżo przybyła z Lublina koleżanka, której Jan pomaga się urządzić, oraz narastające w nim rozczarowanie ludźmi i samym sobą. Tytułowy miesiąc staje się zapisem stopniowego gorzknienia młodego marzyciela.

Utwór porusza tematy wyzysku jako podstawowej zasady wszelkich relacji, samotności wśród tłumu, zderzenia ideałów z biedą oraz chłodnego, niemal fizykalnego spojrzenia na ludzkie uczucia. Bruner — chemik z wykształcenia — łączy literacką wrażliwość z naukowym chłodem, dając przenikliwy, melancholijny portret pokolenia szukającego sensu na obczyźnie. Dzieło zachowuje świeżość dzięki szczerości i ironii narratora.

Read this book

How it begins

Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie przez kilka pierwszych dni po przyjeździe; spodziewam się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, żem doprawdy czasu na listy nie miał. Chodziłem już ogromnie dużo i pobieżnie zwiedziłem prawie całe miasto. Nie będę Ci tego opisywał, bo wiesz, że nie lubię się nad takiemi rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni jestem zainternowany w domu, bo przyplątał mi się ohydny katar z bólem głowy i całym szeregiem innych roskoszy; wszystkiemu winien tutejszy miły klimat. Kiedym przyjechał przed tygodniem, było coś koło 0°, później nagle podskoczyło do 20° i jest znowu najzupełniejsza wiosna. Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, że mieszkam dotąd u Turskiego, a jego pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch tutaj obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za każdym ruchem w dosłownem znaczeniu tego słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie jest tak wiele: łóżko, stół, półka na książki, umywalnia i nieodzowny tu zawsze kominek—marmurowy, szykowny,—na którym się nigdy nb. nie pali. Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, kiedy przychodził do mnie w Warszawie. Nie urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny i spokojny, że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić może. Zastałem go w usposobieniu o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić można było. Sądzę, że dużo przesadzał, choć doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się we znaki.

Text from Project Gutenberg, public domain.