Na śmierć, 1863
Na śmierć, 1863 to opowieść snuta z perspektywy ośmioletniego Jania, chłopca z polskiego domu w Kijowie w czasie powstania styczniowego. Dziecko nie rozumie atmosfery żałoby, szeptów i łez, które wypełniają mieszkanie — zauważa jedynie, że dorośli chodzą jak struci, a matka gaśnie w rozpaczy. Stopniowo, podsłuchując rozmowy wuja Ksawerego i panny Felicyi, czytelnik pojmuje to, co przed chłopcem ukrywano: jego starszy brat Staś, więzień fortecy, został skazany na śmierć, a wszelkie starania o ratunek okazały się daremne. Zbliża się dzień egzekucji.
Utwór porusza temat tragedii powstańczej widzianej oczyma niewinnego dziecka, dla którego cierpienie najbliższych pozostaje niepojętą tajemnicą. Gnatowski ukazuje ofiarę pokolenia 1863 roku, ból matki tracącej syna oraz kontrast między dziecięcą beztroską a grozą narodowej klęski. Siła opowieści tkwi w tym przemilczeniu — w napięciu między tym, co dziecko widzi, a czego nie umie nazwać.
How it begins
Przez tych kilka tygodni było u nas dziwnie duszno i ciężko. Poprostu nieszczęście wisiało w powietrzu: czuło się, jak szło ku nam krok za krokiem. A przecież pobyt nasz w Kijowie nie był od początku ani spokojny, ani wesoły. Od czasu jak Staś siedział w fortecy, mogłem przywyknąć do przestraszonych i wybladłych twarzy, do szeptów po kątach, takich, jak przy chorym lub nieboszczyku, do tłumionych płaczów, o których powód nie wolno mi było pytać. Nie dziwili mnie już nieznajomi, przychodzący do nas ukradkiem o różnych porach dnia i nocy i znikający gdzieś po cichu tylnem wejściem, po tajemniczej naradzie z mamą i panną Felicyą, za zamkniętemi drzwiami salonu lub sypialni. Tyle razy widziałem moją matkę śmiertelnie znużoną i znękaną, gdy wracała z całodziennego biegania po kancelaryach i urzędach, że mnie to już ani przestraszało, ani nawet smuciło, jak dawniej. W ośmiu latach jest się takim egoistą! Teraz jednak było widocznie coś gorszego, niż przedtem. Wszyscy u nas w domu chodzili, jak struci, swoi i obcy. Gdy ktoś nadszedł, zaczynały się szepty, przerywane łzami—ale o co chodziło, nie mogłem się dowiedzieć. Gdy się dopytywałem, zbywano mnie jakimś słabym wykrętem, w który nie wierzyłem. Raz wreszcie powiedziała mi panna Felicya: —Staś chory, bardzo chory. Módl się za niego gorąco—może cię Bóg wysłucha. Modliłem się więc i dlatego, że Stasia kochałem, i dlatego, że ostatecznie nic innego nie miałem do roboty.
Text from Project Gutenberg, public domain.