Ironia Pozorów
Ironia pozorów rozgrywa się w starym mieście, gdzie w ubogiej poddaszowej izdebce mieszka młody, niezamożny mężczyzna, którego jedyną pociechą jest fotografia ukochanej dziewczyny — promyk marzenia w szarej nędzy codzienności. Pewnego jesiennego poranka, wracając ulicami budzącego się miasta, bohater zostaje zatrzymany przez podpitą, ubogą staruszkę, która oddaje mu znaleziony, kosztowny pugilares. Drżenie rąk i nagła bladość zdradzają, że elegancki portfel nie należy do niego, a niespodziewana pokusa stawia młodzieńca wobec próby sumienia, od której zależy dalszy bieg jego losu.
Powieść Macieja Łubieńskiego, jak zapowiada tytuł, demaskuje zwodniczość pozorów: bieda kryjąca godność, przypadek udający łaskę, uczciwość zderzona z chwilą słabości. Autor z wnikliwością maluje psychologię ubóstwa, marzeń i moralnego wahania, pokazując, jak los wplata w nędzę istnienia złotą nić nadziei. To opowieść o tym, że prawdziwa wartość człowieka ujawnia się dopiero tam, gdzie kończą się złudzenia.
How it begins
Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu. Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się brzask smętny. W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie było nikogo. Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia, zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się zdawał cierpliwie na swego pana i władcę. Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej wędrówce zaglądać tu nieraz musiała... Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego, nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży. W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny, melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek radosny, jasny, nuta weselsza.
Text from Project Gutenberg, public domain.